Bóg jest.
Bóg jest jeden dla wszystkich.
Bóg chce od nas tylko miłości i daje nam tylko miłość.
Wyszły mi trzy przykazania. Całe szczęście, bo jakby mi
dziesięć wyszło, to może jeszcze ktoś by się oburzył, że próbuję Mojżeszowi
dorównać. A tak to skromnie.
Bóg jest i nie będę próbowała tego udowadniać. Nie mam
zamiaru starać się wytłumaczyć dogłębnie czegoś, czego wytłumaczyć się nie da.
Albo ktoś czuje, że Bóg istnieje, albo myśli, że go nie ma i żadne argumenty
nie są w stanie go przekonać. Bo jakie argumenty można tak naprawdę wytoczyć,
których na przykład dobrze zorientowany i wyedukowany oraz w miarę inteligentny
ateista nie dałby rady odeprzeć? Wszystko byłoby według zasady „jak się chce
psa uderzyć, to się kij znajdzie”. Za pomyłkę natomiast uważam rozważanie tej
kwestii pod sztandarem tajemnicy wiary. Moim zdaniem nie wystarczy wierzyć, że
Bóg istnieje, trzeba to czuć. I tak jak nie da się komuś wytłumaczyć, jak to
jest kogoś kochać, tak nie da się wytłumaczyć, jak to jest wierzyć w Boga,
czuć, ze on jest.
Za to w stosunku do ateistów rozwinęłabym punkt drugi.
Pisałam już kiedyś na temat tego, że Bóg jest jeden i tylko różni ludzie różnie
do niego mówią. Jeśli ktoś chce sobie moje rozważania przypomnieć, zapraszam tutaj
. A co z ateistami? Oni nie zwracają się do żadnego boga, chyba że mówiąc do
niego „boże, w którego nie wierzę”. Czy Bóg też jest dla nich? Myślę, że nie. Ale
nie w takim sensie, ze ich nie chce, odrzuca, przeklina i wysyła do piekła,
Gehenny albo w kolejnym wcieleniu zamienia ich w karaluchy. W takim sensie, że
to oni sami go nie chcą, więc jak może dla nich być? Na stole u Boga stoi sobie
ciasto, można sobie kawałek wziąć. Zapytać ewentualnie o zgodę, jeśli ktoś
czuje się nieswojo tak po prostu biorąc. Ale zmuszanie kogoś, żeby sobie
kawałek wziął to już nie jest dobry pomysł. Za bardzo to ciasto smakowałoby
wtedy krwią niewiernych przelaną przez krzyżowców i pachniało dymem stosów. I
na pewno nie byłoby już serwowane przez Boga. On nie ma zamiaru nikogo zmuszać
do kochania go. Przecież cały sens kochania kogoś jest wtedy, kiedy robimy to,
bo chcemy.
Rozwijając temat miłości, tak, Bóg chce od nas tylko tego,
żebyśmy go kochali. Kiedy kogoś kochamy, chcemy być blisko niego, jak
najczęściej, słuchamy co ma nam do powiedzenia, radzimy się go, otaczamy go
szacunkiem, mamy dla niego dużo ciepła, troski, jesteśmy od niego zależni, jesteśmy dobrzy, odróżniamy dobro od zła i
jesteśmy, albo przynajmniej staramy się być dobrzy. Po co więcej? Czy ktoś
poczuje się bardziej kochany dlatego, że postawimy mu ustrojony kawałek drzewa
i będziemy tańczyć wokół mówiąc, że to dlatego, że tak go kochamy? Albo
dlatego, że codziennie będziemy mu dawać jakiś drogi prezent? Jeśli tak, to
byłby to osobnik bardzo płytki, ceniący sobie bardziej szpilki od Manolo
Blahnika, plazmę i Złote Tarasy od prawdziwego uczucia. Nie uważam, żeby Bóg
tego potrzebował. Nasza prawdziwa miłość, taka w sercu i w myślach, to
wszystko, czego od nas oczekuje. Niepotrzebne mu są budowle z najdroższych
materiałów, kapłańskie szaty kapiące złotem, setki świąt i uroczystości,
ofiary, tańce, wyrzekanie się wszystkiego, ani walka z niewiernymi. A już
zwłaszcza niepotrzebne mu jest odbębnianie pańszczyzny w postaci nudnych,
powtarzanych formułek albo zrytualizowanych obrządków.
Bóg odpłaca nam tym samym, czyli daje nam też tylko miłość,
nic innego. Nie zsyła na nas klęsk nieurodzaju, AIDS, trzęsień ziemi, asteroid,
wojen ani polityki. To już my, ludzie, robimy sami, a kiedy nasze własne zło
nas przerasta, mówimy, ze to Bóg. Na kogoś trzeba przecież zwalić to wszystko.
Sami sobie stworzyliśmy piekło na ziemi, to piekło, którym straszyli i straszą
nadal w świętych księgach i świątyniach, to piekło jest tutaj i jest dziełem
nas samych. Gdyby Bóg nie był samą miłością, to już dawno posłałby w naszą
stronę parę gromów i zacząłby od nowa. A tak, czeka, czy się opamiętamy. Na
razie nie za bardzo nam to wychodzi, więc nie wiem, czy nie skończy się tak, że
w końcu wykończymy sami siebie i naszą planetkę i wtedy będzie musiał zacząć od
nowa. Jak Architekt w filmie „Matrix”, będzie wypróbowywał kolejne kombinacje
elementów, aż trafi na taką, której nie będziemy w stanie zniekształcić. Ciężka
robota, bez całych pokładów miłości prawie niewykonalna, bo materiał oporny.
Mam nadzieję, że Bóg nigdy się nami nie znudzi i nie
zniechęci, nie załamie się nigdy faktem jak łatwo budzi się w nas zło i nadal
będzie próbował stworzyć nas idealnych w idealnym świecie. Że nie powie nigdy
„ja już mam dosyć, idę grac w kręgle, niech ludzkość szlag trafi bo są nie do
ukształtowania”. W ten sposób mogę też mieć nadzieję, że jak umrę, rozpadnę się
na atomy, zmienię w ziemię, dżdżownicę, ptaka i z powrotem w człowieka, trafię
do lepszego świata. Szkoda, że to już nie będę ja, tylko jakaś inna kombinacja
i nie będę mogła powiedzieć sobie „ a jednak się mu udało”.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Możliwość komentowania została zablokowana ze wzglądu na zawieszenie działalności tego bloga. Zapraszam na mój drugi blog Karkonosze moja miłość - wystarczy kliknąć w obrazek z tym tytułem po lewej stronie.
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.