Biura podróży prześcigają się w zachęcaniu klientów do
wybrania się na wakacje właśnie z nimi. Wymyślają coraz to nowe promocje i
sposoby przyciągnięcia żądnych wrażeń ludzi do siebie. Nie można nie zauważyć,
że ich propozycje są naprawdę ciekawe i atrakcyjne cenowo. Za 8 tysięcy złotych
można na przykład zobaczyć Jamajkę. I to na żywo, nie na zdjęciu. I na własne
oczy a nie w przekazie telewizyjnym „live”. Za pięć tysięcy biuro jest w stanie
przybliżyć nam Chiny na wyciągnięcie ręki. Za 2,5tysiąca można dwa tygodnie
opalać się we Włoszech. Za 1200zł można spędzić tydzień w którymś z kurortów
Egiptu. Do wyboru do koloru.
Na pewno wiele jest takich osób, które zanim zdecydują się na
zakup jakiejś wycieczki czy też wczasów, przeglądają wiele różnych ofert.
Jakież najprzeróżniejsze ... kłamstewka można znaleźć podczas takiego szukania.
„Kłamstewka” - albo może raczej niedopowiedzenia, schowki, podstępy itp. bo tak
naprawdę nikt tu nie kłamie, albo przynajmniej nie można tego udowodnić.
Przyjrzyjmy się na początek takim naprawdę super ofertom,
które można znaleźć w internecie. Otwieramy stronę pierwszego lepszego biura i
pierwsze co nam się rzuca w oczy to oferta wyjazdu na tydzień do Tunezji za
.... 295zł. Tak, tak, nie zapomniałam zera, ani nie pomyliła mi się waluta. Z
okrzykiem radości klikamy na ofertę, w głowie już mając obrazy pięknej plaży,
dobrego jedzenia, komfortowego hotelu, zimnych drinków. Przebiegamy oczami
wszystko, co jest na danej stronie i nic! Nie ma takiej oferty. Najtańszy jest
tydzień za 1,5tys zł. Skąd taka cena?! Wracamy do poprzedniej strony, z myślą,
że chyba coś nam się pomyliło. Nie, na stronie głównej nadal świeci po oczach
oferta za 295zł.
Szukać można długo i namiętnie. Ja szukałam, ale nie
znalazłam. Podejrzewam, że jest to pewnie oferta z lutego, bez wyżywienia, bez
dojazdu i z noclegiem w namiocie. Albo, co jeszcze bardziej prawdopodobne, jest
to pewnie tylko wabik na klientów. Zachwycą się taką ofertą, cóż, tej nie
znajdą, ale może kupią coś innego. A dociekliwemu można zawsze powiedzieć, że
oferta już się wyczerpała.
Kieszeń nas boli, ale wiemy już, że oferty trzycyfrowe nie są
realne, więc decydujemy się wybrać coś jak najtańszego, ale spełniającego nasze
wymagania. Po długich poszukiwaniach – jest! 1200 zł za dwa tygodnie
wylegiwania się na piasku Tunezji z wyżywieniem i dojazdem, czyli dolotem.
Oglądamy, podziwiamy, znów mamy przed oczami obrazy nas leżących w pełnym
słońcu. Zaraz, zaraz, a co to znaczy „pokaż ukryte koszty”? Klikamy. Już nie
stać nas na te wczasy. Opłata lotniskowa 400 zł od osoby. Plus ubezpieczenie.
Plus transfer. Dziękujemy. A tak pięknie wyglądało w ofercie głównej.... Ładna
nazwa – ukryte koszty. Niby mówią, ale jednak na pierwszy rzut oka nie widać.
Ciekawe, co by było, gdyby okazało się na lotnisku, że w grupie do czarteru
jest na przykład pięć osób, które nie doczytały „ukrytych kosztów”,
zarezerwowały wszystko przez internet i po prostu przyjechały. A pieniędzy nie
brały za dużo, bo pobyt przecież z wyżywieniem i dojazdem.
Pozostaje nam wybrać się gdzieś autokarem. Chorwacja. No pięknie. Tutaj rezerwacji można dokonać
tylko przez telefon, więc po dokładnym obejrzeniu całej oferty pod kątem
przykrych niespodzianek, dzwonimy. Ha ha ha . Chorwacja jest w Europie, ale
potrzebujemy paszport. To już nie wina biura, ale nasze zapomnienie, niemniej
jednak kto się wybiera na zagraniczne wakacje nie może zapominać, że chociaż
możemy pracować w Wielkiej Brytanii, to czasem jednak potrzebny nam paszport.
Ciekawe są też oferty z własnym dojazdem i z własnym
wyżywieniem. Nauczeni jednak już poprzednimi przykładami podchodzimy do nich z
„pewną taka nieśmiałością”. I słusznie. Należy zapomnieć wreszcie o starym
typie podróżowania, kiedy zabierało się za sobą torbę konserw, kaszę, makaron i
jechało na wczasy, płacąc tylko za nocleg. W większości takich ofert należy
liczyć się z tym, że jedzenie będzie trzeba kupować na miejscu, czyli wcale nie
będzie to tanio, bo nie można przewozić żywności za granicę.
Tak więc mimo wspaniałych ofert w internecie okazuje się, że
jednak wakacje są drogie. No chyba żeby pojechać w listopadzie. A na razie -
„Chałupy welcome to”.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Możliwość komentowania została zablokowana ze wzglądu na zawieszenie działalności tego bloga. Zapraszam na mój drugi blog Karkonosze moja miłość - wystarczy kliknąć w obrazek z tym tytułem po lewej stronie.
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.