piątek, 19 stycznia 2018

Do serca


09.01.2010

Do serca
Dziecka
Zostaję na krótka chwilę
Ale mogę wrócić

Do serca
Dziecka
Mogę się usmiechnąć
Mogę tam iść

Do serca
Do serca dziecka
Mogę wrócić
Mogę zostać na krótką chwilę

Do serca

Do serca


Tytuł oryginału : "Into the heart"
Autor : U2

Bóg, ciasto i pańszczyzna


 14.01.2010

Bóg jest.
Bóg jest jeden dla wszystkich.
Bóg chce od nas tylko miłości i daje nam tylko miłość.

Wyszły mi trzy przykazania. Całe szczęście, bo jakby mi dziesięć wyszło, to może jeszcze ktoś by się oburzył, że próbuję Mojżeszowi dorównać. A tak to skromnie.
Bóg jest i nie będę próbowała tego udowadniać. Nie mam zamiaru starać się wytłumaczyć dogłębnie czegoś, czego wytłumaczyć się nie da. Albo ktoś czuje, że Bóg istnieje, albo myśli, że go nie ma i żadne argumenty nie są w stanie go przekonać. Bo jakie argumenty można tak naprawdę wytoczyć, których na przykład dobrze zorientowany i wyedukowany oraz w miarę inteligentny ateista nie dałby rady odeprzeć? Wszystko byłoby według zasady „jak się chce psa uderzyć, to się kij znajdzie”. Za pomyłkę natomiast uważam rozważanie tej kwestii pod sztandarem tajemnicy wiary. Moim zdaniem nie wystarczy wierzyć, że Bóg istnieje, trzeba to czuć. I tak jak nie da się komuś wytłumaczyć, jak to jest kogoś kochać, tak nie da się wytłumaczyć, jak to jest wierzyć w Boga, czuć, ze on jest.
Za to w stosunku do ateistów rozwinęłabym punkt drugi. Pisałam już kiedyś na temat tego, że Bóg jest jeden i tylko różni ludzie różnie do niego mówią. Jeśli ktoś chce sobie moje rozważania przypomnieć, zapraszam tutaj . A co z ateistami? Oni nie zwracają się do żadnego boga, chyba że mówiąc do niego „boże, w którego nie wierzę”. Czy Bóg też jest dla nich? Myślę, że nie. Ale nie w takim sensie, ze ich nie chce, odrzuca, przeklina i wysyła do piekła, Gehenny albo w kolejnym wcieleniu zamienia ich w karaluchy. W takim sensie, że to oni sami go nie chcą, więc jak może dla nich być? Na stole u Boga stoi sobie ciasto, można sobie kawałek wziąć. Zapytać ewentualnie o zgodę, jeśli ktoś czuje się nieswojo tak po prostu biorąc. Ale zmuszanie kogoś, żeby sobie kawałek wziął to już nie jest dobry pomysł. Za bardzo to ciasto smakowałoby wtedy krwią niewiernych przelaną przez krzyżowców i pachniało dymem stosów. I na pewno nie byłoby już serwowane przez Boga. On nie ma zamiaru nikogo zmuszać do kochania go. Przecież cały sens kochania kogoś jest wtedy, kiedy robimy to, bo chcemy.
Rozwijając temat miłości, tak, Bóg chce od nas tylko tego, żebyśmy go kochali. Kiedy kogoś kochamy, chcemy być blisko niego, jak najczęściej, słuchamy co ma nam do powiedzenia, radzimy się go, otaczamy go szacunkiem, mamy dla niego dużo ciepła, troski, jesteśmy od niego zależni,  jesteśmy dobrzy, odróżniamy dobro od zła i jesteśmy, albo przynajmniej staramy się być dobrzy. Po co więcej? Czy ktoś poczuje się bardziej kochany dlatego, że postawimy mu ustrojony kawałek drzewa i będziemy tańczyć wokół mówiąc, że to dlatego, że tak go kochamy? Albo dlatego, że codziennie będziemy mu dawać jakiś drogi prezent? Jeśli tak, to byłby to osobnik bardzo płytki, ceniący sobie bardziej szpilki od Manolo Blahnika, plazmę i Złote Tarasy od prawdziwego uczucia. Nie uważam, żeby Bóg tego potrzebował. Nasza prawdziwa miłość, taka w sercu i w myślach, to wszystko, czego od nas oczekuje. Niepotrzebne mu są budowle z najdroższych materiałów, kapłańskie szaty kapiące złotem, setki świąt i uroczystości, ofiary, tańce, wyrzekanie się wszystkiego, ani walka z niewiernymi. A już zwłaszcza niepotrzebne mu jest odbębnianie pańszczyzny w postaci nudnych, powtarzanych formułek albo zrytualizowanych obrządków.
Bóg odpłaca nam tym samym, czyli daje nam też tylko miłość, nic innego. Nie zsyła na nas klęsk nieurodzaju, AIDS, trzęsień ziemi, asteroid, wojen ani polityki. To już my, ludzie, robimy sami, a kiedy nasze własne zło nas przerasta, mówimy, ze to Bóg. Na kogoś trzeba przecież zwalić to wszystko. Sami sobie stworzyliśmy piekło na ziemi, to piekło, którym straszyli i straszą nadal w świętych księgach i świątyniach, to piekło jest tutaj i jest dziełem nas samych. Gdyby Bóg nie był samą miłością, to już dawno posłałby w naszą stronę parę gromów i zacząłby od nowa. A tak, czeka, czy się opamiętamy. Na razie nie za bardzo nam to wychodzi, więc nie wiem, czy nie skończy się tak, że w końcu wykończymy sami siebie i naszą planetkę i wtedy będzie musiał zacząć od nowa. Jak Architekt w filmie „Matrix”, będzie wypróbowywał kolejne kombinacje elementów, aż trafi na taką, której nie będziemy w stanie zniekształcić. Ciężka robota, bez całych pokładów miłości prawie niewykonalna, bo materiał oporny.

Mam nadzieję, że Bóg nigdy się nami nie znudzi i nie zniechęci, nie załamie się nigdy faktem jak łatwo budzi się w nas zło i nadal będzie próbował stworzyć nas idealnych w idealnym świecie. Że nie powie nigdy „ja już mam dosyć, idę grac w kręgle, niech ludzkość szlag trafi bo są nie do ukształtowania”. W ten sposób mogę też mieć nadzieję, że jak umrę, rozpadnę się na atomy, zmienię w ziemię, dżdżownicę, ptaka i z powrotem w człowieka, trafię do lepszego świata. Szkoda, że to już nie będę ja, tylko jakaś inna kombinacja i nie będę mogła powiedzieć sobie „ a jednak się mu udało”. 

Wieżowiec


 20.12.2009.

na parterze
pod drzwiami
plecami do wejścia
słońce w mojej głowie oślepiło mnie
mogłam w sumie zejść schodami
może mogłam nawet zatrzymać się
gdzieś w połowie
ale nawet tego nie jestem pewna
wolałam skoczyć
w końcu to tylko kilkanaście pięter
słucham jak skrzypi klamka
słucham milczenia
słucham jak litery się przesypują na papierze
między skałę a biała flagę
wpleść opowieść o zwykłym istnieniu
ominąć barykady
soli używać tylko w kuchni
znaleźć trzecią kartę
oprócz ZDRADA i WSPÓŁPRACA
„nadwrażliwość jest jak bilet w jedną stronę”
czuć – nie czuć
przepraszam, masz coś na ból własnego ja?
nie chcę zostać tu na progu

zapatrzona w swój własny horyzont

Zamyśliłam się nad decyzyjnością


02.12.2009

Będąc dzieckiem/podrostkiem/młodą osóbką nie umiałam podejmować decyzji. Tego trzeba się nauczyć, trzeba mieć możliwość się tego nauczyć, trzeba rozbić kolano, żeby wiedzieć, że wchodzenie na dany murek było decyzją błędną, trzeba narwać sobie czereśni, żeby się dowiedzieć, że wchodzenie na dane drzewo było decyzją słuszną, trzeba podejmować decyzje, własne decyzje i patrzeć jakie są skutki, żeby wyciągać wnioski na przyszłość.
Dla mnie jedynym powtarzającym się wnioskiem było : nie umiem podjąć właściwej decyzji.
A przecież każda decyzja jest właściwa, dopóki jest moja. Tylko jej skutki mogą być pozytywne lub negatywne i poza sytuacjami oczywistymi nie da się tego na 100% przewidzieć.
Dziś staram się decydować biorąc pod uwagę rezultaty, ale nie pozwalając, żeby strach paraliżował mnie i uniemożliwiał ruch.

Czasem ciężko jest mi z decyzją, która podjęłam. Ale mówię sobie, że trudne jest to, co ona przyniosła. A decyzja jest dobra, bo moja. 

A może nad morze?....


29.10.2009

W jednym z ostatnich numerów „Angory” był taki komiksowy rysuneczek: małżeństwo na tle egipskich piramid czy czegoś równie egzotycznego i komentarz w chmurce: „ Nie narzekaj, na Międzyzdroje nas nie stać.” Czy naprawdę polskie wybrzeże jest droższe od zagranicznych wojaży?

Na pewno częściowo sprawa zależy od wyboru miejscowości. Wspomniane wyżej Międzyzdroje to już kurort na miarę Lazurowego Wybrzeża, z hotelami, restauracjami itp. jako głównym elementem krajobrazu. Podobnie Sopot, z prywatną plażą hotelu Grand, przenosi nas na zachód, a właściwie południowy zachód Europy. Ale mniejsze miejscowości, którym media nie przypięły jeszcze tabliczki „dla vipów”, oferują całkiem rozsądne ceny.
Poza tym duże znaczenie ma plaża. Plotki szybko się roznoszą i miejsca gdzie plaża jest duża, szeroka i z miłym dojściem mają szansę zażyczyć sobie wyższej ceny niż takie gdzie plaża jest wąska, a zejście odbywa się po niezliczonej ilości stromych schodów. Przykładem Jastrzębia Góra i położona tuż obok Karwia, gdzie, że zacytuję zasłyszanego turystę „ceny wyższe niż na Chorwacji”.
Oczywiście w każdej miejscowości istnieje jeszcze duża rozpiętość, od około 25zł za dzień w prywatnym domku do ponad 500zł w hotelu tuż przy plaży, i mówię tu oczywiście o mniejszych miejscowościach, a nie zatłoczonych kurortach. No i oczywiście dla spragnionych bliższego kontaktu z naturą są jeszcze pola namiotowe i coraz bardziej popularne kempingi. Standard tych ostatnich też bywa różny. W Helu na przykład można zobaczyć taki obrazek: parking z pewną ilością samochodów, zapewne mieszkańców pobliskiego osiedla, a w tym dwie przyczepy. Już pomyśleliście, że tylko tam parkują? Błąd. Przed przyczepą rozstawiony stolik i krzesła i rodzina konsumująca posiłek. Ciekawe, co skusiło ich do zamieszkania w takim miejscu? Jeśli cena, to rozumiem, ale ja na ich miejscu wracałabym tam tylko na nocleg, a posiłki wolałabym jeść na plaży. No i bardzo zastanawiało mnie, gdzie oni się kąpią.... czyżby tylko w Bałtyku?
Najwięcej pieniędzy, i to takich nieprzewidzianych, pochłaniają zapewne różne atrakcje. Muszelki, stateczki, pluszowe foczki, gumowe delfiny, dmuchane rekiny, naszyjniki z bursztynów, kolczyki, bransoletki, pocztówki, świeczki, wiaderka, łopatki, latawce, pontony, pareo, czapeczki, kosmetyki do opalania, po opalaniu, przed opalaniem, zamiast opalania, parawany, namiociki i parasolki. To tak gdzieś dwa procent oferowanego asortymentu. No i wiadomo, można kupić wiaderko z łopatką i akcesoriami za 30zł, można też za 5zł. O tym, że ta łopatka od pięciozłotowego kompletu pękła przy pierwszym nabraniu piasku, nie będziemy przecież wspominać. Widziały gały, co brały. Poza tym nad morzem jest dokładnie tak samo jak w supermarkecie: ten sam towar na różnych półkach w różnej cenie. Tyle, że nad morzem to nie są półki, a kolejne stragany i lepiej najpierw dokładnie się rozejrzeć, żeby potem, po kupieniu pięknego naturalnego pumeksu w kształcie stópki za 5zł, nie znaleźć identycznego za 4zł dwa stragany dalej.
Bez takich atrakcji można się oczywiście obejść, ćwicząc silną wolę u siebie, współmałżonka/ki, dzieci, teściowej, babci i kto tam jeszcze przyjechał z nami na wypoczynek. Bez jedzenia byłoby już trudniej. Na szczęście oferta żywieniowa jest przebogata. Każda miejscowość może pochwalić się restauracjami, w których przystawki zaczynają się od dwudziestu złotych. Jadając tam na pewno wyda się więcej niż płacąc za all inclusive nad Morzem Czerwonym. Ale są pośrednie knajpki, gdzie za 30zł można zjeść obiad. Patrząc na te dwie opcje aż trudno uwierzyć, że są jeszcze miejsca, gdzie można się wyżywić za 8zł. Tak, osiem, nie osiemdziesiąt, ani nie osiemnaście. Za te 8zł dostaje się trzy racuchy rybne, ziemniaki lub frytki w takiej ilości, że dwie osoby by się najadły, porcję surówki i zupę do wyboru. To taki najtańszy, ale już za 10zł można mieć trzy różne ryby do wyboru, a od 12zł zaczynają się mięsa. Żaden obiad nie przekraczał 20zł, nic nie było trujące ani niesmaczne. Cóż z tego, jeśli po takim taniutkim obiadku rodzina żąda na deser gofrów z owocami, bitą śmietaną, polewą i Bóg wie czym jeszcze za 15 zł...
Największym problemem dla niektórych jest pogoda, bo chcieliby ten tydzień czy dwa przeleżeć plackiem na słońcu, obsmażając się równomiernie ze wszystkich stron. Można trafić i na taką pogodę na Bałtykiem, ale już nie jest to tak zagwarantowane jak na południu Europy czy w Egipcie, dlatego niektórzy twierdzą, że wolą za tą samą cenę jechać za granicę, ale to już zupełnie inna kwestia.

Podsumowując: jeśli się chce, nad Bałtykiem można tanio spędzić wakacje, wystarczy tylko zastanowić się czy naprawdę musimy mieć telewizor pod prysznicem w łazience, a obiad zaczynać od koktajlu z krewetek. Jeśli tak, to nie narzekajmy, że jest drogo, bo za takie wymagania za granicą też trzeba płacić.