środa, 24 stycznia 2018

Inny czas, inne miejsce


20.06.2010


Jasne światło poranka
Ściera resztki snu z oczu następnego dnia
Odwracam się od ściany
I nie ma absolutnie nic
Jestem nagi i boję się
W otwartej przestrzeni mojego łóżka

Będę z tobą teraz
Będę z tobą teraz
Będę z tobą teraz
Prawdziwe życie na chmurce
Prawdziwe życie

Taki jaki jestem
Obudziłem się ze smakiem łez na języku
Obudziłem się z uczuciem, że nigdy przedtem
We śnie znalazłem tą jedyną
Ale uciekła wraz z porannym słońcem

Będę z tobą teraz
Będę z tobą teraz
Będę z tobą teraz
Prawdziwe życie na chmurce
Prawdziwe życie
Inny czas, inne miejsce
Prawdziwe życie
Kolejny dzieciak przegrał wyścig
Prawdziwe życie
Inny czas, inne miejsce
Prawdziwe życie
Twój czas, twoja cena

Prawdziwe życie
Inny czas, inne miejsce
Prawdziwe życie
Kolejny dzieciak przegrał
Prawdziwe życie
Inny czas, inne miejsce
Prawdziwe życie

Twój czas, twoja cena

Tytuł oryginału : "Another time, another place"
Autor : U2

Obcy, Zeus i ludzkie córki


22.06.2010

Minęło oto parę miliardów lat i pięć stron Biblii i znajdujemy się w tym samym miejscu, co na początku. Prawie. Darowano nam trzecie powtórzenie z historii stworzenia świata, zaczynamy od Adama.
Bardzo podoba mi się ta trzecia, skrócona wersja tworzenia pierwszych ludzi. „W dniu, w którym Bóg stworzył Adama, uczynił go na podobieństwo Boże. Stworzył ich jako mężczyznę i kobietę. Potem ich pobłogosławił i w dniu ich stwarzania nadał im nazwę Człowiek”. W niektórych wersjach Biblii zaimek „ich” w drugim zdaniu jest pominięty i pojawia się sformułowanie „stworzył mężczyznę i niewiastę”, co ma w sumie większy sens i nie powoduje, że się zastanawiamy, o co właściwie chodzi i skąd nagle ta liczba mnoga. Tak czy inaczej, wersja ta jest krótka, treściwa i pokazuje jasno, że kobieta i mężczyzna zostali oboje pobłogosławieni i została im obojgu nadana nazwa, są więc sobie równi wobec Boga.
Jeśli ktoś lubi matematykę, to ciąg dalszy tego rozdziału jest stworzony (bez aluzji) specjalnie dla niego. Adam żył 130 lat i potem 800 po urodzeniu się Seta, Set żył 105 lat i potem urodził mu się syn Enosz, Enosz żył 90 lat i miał syna Kenana, potem był Machalalel, Jared, Henoch, Metuszalech i Lamech. Każdy kolejny potomek Adama, zaczynając od niego samego, jest dokładnie wyliczony co do czasu, jaki spędził na ziemi. Podane jest ile lat żył, zanim urodził mu się pierworodny syn, oraz ile lat żył jeszcze po jego urodzeniu. Jeśli ktoś jest zainteresowany, można łatwo sobie wyliczyć, ile czasu minęło od Adama do Lamecha. Na tej podstawie niektórzy próbowali też wyliczać jak stary jest nasz świat, cofając się poprzez kolejne pokolenia od Jezusa, bo wiadomo przecież, że wszystkie te rodowody biblijne mają jedno tylko zadanie: pokazać jak przebiegała ta właśnie linia rodu, z której narodził się Jezus. Dlatego też inne gałęzie drzewa genealogicznego nie są tu przedstawiane, jedynie zaznaczane jest, że wszyscy ci kolejni ludzie mieli jeszcze innych synów. I córki, na szczęście dziewczynki są też wymieniane, choć zabawną wydaje mi się myśl, że przez tyle pokoleń nigdy jako pierworodna nie pojawiła się dziewczynka. A może wtedy po prostu o niej nie wspominano i czekano, aż pojawi się syn? To mocno niesprawiedliwe, skoro jednak w dwu z trzech biblijnych wersji stwarzania człowieka, oboje kobieta i mężczyzna zostali stworzeni jednocześnie, na obraz i podobieństwo Boże. Czyżby to już pierwsze oznaki działania „grzechu pierworodnego”, który ludzie sobie umyślili i zwalili winę na kobietę?
W tym czasie, kiedy żyją wymienieni przeze mnie potomkowie Adama, źle się dzieje na ziemi.
„Synowie prawdziwego boga zaczęli zwracać uwagę na córki ludzkie [...] dalej współżyli z córkami ludzkimi i one rodziły im synów”. Owocem ich związków z ludzkimi kobietami byli nefilimowie. Synem pierworodnym Boga według chrześcijan jest Jezus, uważany też za archanioła, a tu pojawiają się inni synowie. Czy można wyciągnąć z tego wniosek, że byli to inni aniołowie, którzy zeszli na ziemię i żyli wśród ludzi? W kultach starożytnych Sumerów, jak i innych starych cywilizacji, pojawiają się legendy mówiące o związkach istot nadprzyrodzonych z ludźmi, według legend mezopotamskich są to na przykład istoty z innego świata lub planety, według mitów greckich sami bogowie, jak na przykład Zeus, któremu Alkmena urodziła syna-herosa nazwanego Heraklesem,  zaś według pism żydowskich -  Czuwający Aniołowie. Kimkolwiek byli, „obcymi”, architektami piramid egipskich, zleceniodawcami rowkowych „malunków” na pustyni  Nasca, greckimi bogami czy aniołami, skutek był podobny – niewątpliwy wpływ na ludzi, tak samo wtedy, jak i – nie oszukujmy się – na nas samych, kultywujących te wierzenia, przekopujących pustynie albo próbujących udowodnić jak to naprawdę było i dlaczego inaczej niż twierdzą inni. Biblia mówi o nich, że „byli to mocarze, którzy istnieli od dawna, ludzie sławni”.
Po co właściwie aniołowie zeszli na ziemię, czy też zostali na nią posłani? Jeśli wsłuchać się dokładnie w to, co mówi Biblia, można zauważyć, że mieli oni za zadanie pomagać ludzkości,  obdarować ludzkość wiedzą,  zarówno techniczną (np. rolnictwo), jak i mistyczną. Bóg powiedział: "Nie  może pozostawać duch mój w człowieku na zawsze, gdyż człowiek jest istotą cielesną: niechaj więc żyje tylko sto dwadzieścia lat". A więc wysłał swojego "ducha", aby ten pozostawał "w człowieku", czyli służył mu pomocą, radą, wiedzą i wszystkim innym. Ten wątek pojawia się w wielu kulturach, jak choćby w greckim micie o Prometeuszu, który pomagał ludziom, dając im ogień i ucząc wielu niezbędnych czynności, za co został zresztą ukarany, bo Zeus śmiertelnie obawiał się wszystkiego co pochodzi z ziemi. Cóż, jakby miał trochę racji...A więc Bóg zobaczył, czy też może właściwie widział cały czas, ale dawał ludziom jeszcze szansę, że "ogromna jest niegodziwość człowieka na ziemi i że każda skłonność jego serca przez cały czas jest wyłącznie zła". Ta skłonność doprowadziła do degeneracji ludzkości, która  postęp techniczny wykorzystała do tego, aby nauczyć się  odlewać miecze, a potem produkować coraz bardziej skuteczną broń, żeby się nawzajem zabijać. Inne badania poszły w kierunku astrologii i bałwochwalczego kultu gwiazd, a także magii, która była przyczyną zastraszenia i dominacji jednych ludzi nad drugimi. Nie jest moim tematem dziś nieśmiertelność człowieka, ale te 120 lat, co dla niektórych oznacza limit życia człowieka, ja rozumiem jako czas, który Bóg dał ówczesnym ludziom na przyswojenie sobie wszystkiego, co "duch" ma im do zaoferowania. "Nie  może pozostawać duch mój w człowieku na zawsze, gdyż człowiek jest istotą cielesną: niechaj więc żyje tylko sto dwadzieścia lat" – duch nie może więcej w człowieku pozostawać, człowiek jest istota cielesną, a ciało ma to do siebie, że grzeszy. 120 lat to limit jaki Bóg ustanowił dla swego „ducha”, nie dla ludzkiego ciała. Jak widać – ile tego czasu by nam nie dał – i tak potrafimy wszystko spaprać...
Smutno było Bogu, że tak mu się nie udaliśmy. Cóż mu pozostało? Albo nas naprawiać, albo zacząć od nowa. Wybrał wyjście pośrednie: postanowił, że zniszczy potopem wszystko oprócz pojedynczych par wszystkich gatunków żyjących na ziemi oraz jednej rodziny, która wydała mu się godna oszczędzenia. Ale to już zupełnie inna historia.. :)

Niewiara


11.05.2010

zakopię te myśli
spalę to odczucie, które nawiedza mnie za każdym razem
kiedy

niedokończone frazy mają to do siebie
że zawsze mogę powiedzieć „to nie do Ciebie”
i będziesz musiał mi uwierzyć

tak jakbym myślała, że kiedykolwiek

zobaczysz te kilka linijek

Zamyśliłam się nad zapachami…


06.05.2011

Zmysł węchu jest chyba uważany za dużo mniej ważny niż zmysł wzroku lub słuchu. Nawet może się z tym zgodzę, mamy jednak dużo więcej wrażeń wzrokowych i słuchowych niż węchowych. Ale ostatnio przyszło mi do głowy o ile uboższy byłby mój świat gdyby nie było w nim zapachów.
Lubię zapach lasu, który czasem dociera do mnie z okna, nad ranem, kiedy powietrze jest takie świeże i wilgotne. Las nie jest daleko, więc latem zdarza mi się to dość często, właściwie za każdym razem, kiedy pada deszcz. Czuję się wtedy trochę jakbym mieszkała w lesie : zapach ściółki, leśnych ziół, kwiatów, grzybów i nie wiem czego jeszcze, po prostu pachnie lasem.
Lubię zapachy jedzenia, najbardziej oczywiście moich ulubionych potraw, choć potrafię też docenić zapach pieczonego przez sąsiadkę mięsa, mimo że sama nie jadam takich rzeczy.  Po zapachu poznaję, czy do tej restauracji warto wejść. A najmocniej pamiętam zapach kaczki po pekińsku i oleju sezamowego unoszący się w China Town w Londynie.
Są zapachy, które kojarzą mi się z dana osobą. Wczoraj byłam w sklepie z kosmetykami i jakiś chłopak kupował sobie dezodorant. Rozpylił go w dużych ilościach wypróbowując zapach. Kiedy chmura dotarła do mnie, od razu pomyślałam o swoim bardzo dobrym koledze, który pachnie jakby … podobnie. Bardzo podobnie. Po chwili zdałam sobie sprawę, że w tym zapachu, brakuje po prostu właśnie nuty zapachowej tego konkretnego człowieka, dlatego bez sensu byłby pomysł kupienia sobie dezodorantu, żeby mieć czyjś zapach zawsze przy sobie. Zapach z butelki nigdy nie jest tym samym.
Jest pewien nieuchwytny zapach, który kojarzy mi się z wczasami nad morzem, kiedy byłam dzieckiem. I to konkretnymi wczasami, w Krynicy Morskiej. Jest zapach, który od razu powoduje, że przypominam sobie drewnianą chatę mojej cioci w górach. Jest zapach, który jeszcze wciąż pamiętam, mimo że nie czułam go 20 lat – zapach domu, w którym dorastałam.
Cała masa zapachów, choć powinnam właściwie powiedzieć : cały nos zapachów.
Zapachowa tajemnica życia.

Mania próbowania


04.12.2009

Grudzień dla większości obywateli to święta Bożego Narodzenia. Ale dla dużej części naszego społeczeństwa, zanim nadejdą święta, należy jeszcze przejść przez trzy dni golgoty. Mowa oczywiście o maturze próbnej.
Od dłuższego już czasu istnieje w szkolnictwie instytucja „matury próbnej”, ale przeszła ona całe mnóstwo zmian. Kiedy ja osobiście przystepowałam do matury, w nie tak w końcu odległej przeszłości, niektórzy nauczyciele zorganizowali coś w rodzaju matury próbnej. Zostaliśmy obdarzeni kilkoma tematami do wyboru z języka polskiego, kilkoma zadaniami z matematyki innego dnia, tematami z biologii, testami językowymi itd. Siedzieliśmy sobie grzeczniutko w ławkach pod opieką nauczyciela danego przedmiotu i pisaliśmy.
Ale z biegiem lat matura próbna rozwinęła się w wydarzenie szkolne pierwszej kategorii, i to jeszcze za czasów egzaminu dojrzałości, jak dawniej nazywał się egzamin maturalny. Siadano pojedynczo w ławkach, często wymagane były garnitury i ciemne spódnice z białymi bluzkami, w sali siedziała komisja. Nie zmienił się tylko cel: uczniowie mieli zauważyć własne braki, żeby zdążyć jeszcze się czegoś douczyć, zanim nastapi ten właściwy moment próby.
Kiedy ministerstwo wprowadziło „nową maturę”, cel lekko się poszerzył. Oprócz skontrolowania swojej wiedzy, uczniowie musieli jeszcze przećwiczyć różnorodne maturalne procedury, takie jak wpisywanie w odpowiednie miejsca swojego PESELu czy wypełnianie kart odpowiedzi.
Przez jakiś czas matura próbna była obowiązkowa, potem stała się nieobowiązkowa, przy czym nawet zabraniano wpisywać do dziennika uzyskanych ocen. A w tym roku mamy kolejną ciekawostkę. Matura próbna rozmnożyła się nam do dwu! Oto właśnie 5,6 i 7ego grudnia uczniowie przystępują do pierwszej matury próbnej w tym roku szkolnym. Jest to matura nieobowiązkowa, ale oceny można wpisać, a organizuje ją wydawnictwo Omega, zajmujące się produkcją książek przygotowujących do matury. Główny cel: podjęcie ostatecznych decyzji odnośnie poziomów i przedmiotów maturalnych, bo nadchodzi moment, po którym tej decyzji nie będzie już można zmienić. Pewnie dlatego większość szkół zdecydowała się przeprowadzić ten egzamin.
Można byłoby śmiało powiedzieć, że jest to „próba próby”, bo oto w marcu nastąpi druga próbna matura, tym razem organizowana przez władze oświatowe, i pewnie dlatego obowiązkowa. Na wieść o tej drugiej maturze wielu uczniów jęczy „A po co nam to?”. Jak się można domyśleć, tym razem chodzi o sprawdzenie stanu wiedzy.
Mania „próbowania” przeniosła się już też do niższych poziomów edukacji. Mamy próbny egzamin gimnazjalny, a niektóre szkoły już od kilku lat organizują dla swych uczniów próbne egzaminy raz w miesiącu, lub, ci mniej gorliwi, raz w semestrze. W zeszłym tygodniu w podstawówce po sąsiedzku pisały próbny test klasy szóste. Zastanawiam się tylko, czy był to już próbny właściwy test, czy dopiero próba próby, a może po prostu jedna z wielu prób...

Należałoby zastanowić się nad sensem tych wielokrotnych prób. Są to trzy dni teraz i trzy dni w marcu wyrwane z nauki. Trzecim klasom dosłownie wyrwane, a pozostała społeczność uczniowska ma (nie zawsze) zorganizowane lekcje w drastycznie zmniejszonym wymiarze i z tymi nauczycielami, którzy akurat są dostępni. W księgarniach jest obecnie cała masa publikacji dotyczących matury, również takich zawierających przykładowe egzaminy, albo wręcz zbiory takich egzaminów z poprzednich lat. Są wyposażone w klucz, płyty z nagraniami, wzorcowe odpowiedzi. Dociekliwy i pracowity uczeń może samodzielnie zrobić sobie próbną maturę w domu, nawet raz w tygodniu, a jeśli miałby problem z oceną którejś części swojej pracy, nauczyciele w szkole na pewno nie odmówią mu pomocy; w większości z placówek są zresztą godziny konsultacji dla maturzystów. Wystarczy wykazać się odrobiną dorosłości i kiedy wiadomo, że nie wolno korzystać z dodatkowych materiałów, nie robić tego; odmierzyć sobie czas i potem skrupulatnie sprawdzić. W końcu matura oznacza dorosłość.