wtorek, 23 stycznia 2018

Dzień beze mnie


03.05.2010

W moim ego wszystko się osuwa
Spojrzałem z zewnątrz w świat który zostawiłem
Śnię, ty nie
gdybym spał, czym ryzykuję?

Dzień beze mnie

Jakiekolwiek są te uczucia, czuję
Jakie uczucia zostawiłeś za sobą?

Dzień beze mnie

W moim ego wszystko się osuwa
Spojrzałem z zewnątrz w świat który zostawiłem
W świecie, który zostawiłem
Otrzyj im oczy i odpuść
W świecie, który zostawiłem

Uroń łzę i pozwól miłości odejść

Tytuł oryginału : "A day without me"
Autor : U2

Ja Kain, ty Abel


28.04.2010

„Adam współżył ze swoja żoną Ewą i ona stała się brzemienna. Po pewnym czasie urodziła Kaina i powiedziała: „Wydałam mężczyznę z pomocą Boga. Później jeszcze urodziła jego brata, Abla.” To początek czwartego rozdziału Księgi Rodzaju. Mimo że symboliczni Adam i Ewa właśnie zdali sobie sprawę z tego, że nie są nieśmiertelni i że na świecie zagraża im wiele niebezpieczeństw, to ich historia znajduje ciąg dalszy. Najwyraźniej uznali, że może oni za wiele na to nie poradzą, ale może ich dzieci albo wnuki coś już z tym zrobią. My też często mówimy „za moich czasów nie będziemy latać w kosmos na wakacje, ale moje wnuki to już na pewno”. Więc – rozmnażają się, aby trwał i rozwijał się gatunek ludzki, tak jak kazał im zresztą Bóg.
Według tego, co napisano w Biblii, mamy więc już na świecie czworo ludzi. To znaczy, gdyby brać to dosłownie, co oczywiście nie jest najlepszym pomysłem, ale nie uprzedzajmy faktów. Teraz najważniejsza jest opowieść o Kainie i Ablu, tak mocno zakorzeniona w każdej kulturze związanej z chrześcijaństwem. Wszyscy wiedzą, kim oni byli i że jeden brat zabił drugiego brata. Niektórzy będą mogli nawet powiedzieć, że potem się jeszcze wypierał i zacytują słynne stwierdzenie „Czy jestem stróżem brata mojego?” Mnie jednak, na wstępie, jak policyjnego detektywa,  najbardziej interesuje motyw.
Dlaczego Kain zabił Abla? On sam się na ten temat nie wypowiada słowami, jedynie jego twarz ujawnia, że pała gniewem. Na kogo? Zaczynając od początku, Kain zajmował się uprawą roli, a Abel pasterstwem. Przynieśli pewnego dnia Jehowie ofiary, każdy według własnych możliwości: Kain płody ziemi, a Abel kawałki tłuszczu pierworodnych swej trzody. Z biblijnej relacji wynika, że Bogu dary Kaina się nie spodobały i wtedy ten ostatni właśnie zapałał gniewem. Rozzłościł się wiec na Boga, że ten nie uznał jego daru za odpowiedni. Na Bogu się nie mógł zemścić – zabił Abla, którego uznał za przyczynę – przeniesienie, jak twierdza terapeuci dość częste, ktoś nas denerwuje, ale kiedy nie możemy „dostać go w swoje ręce” znajdujemy sobie kogoś, co do kogo potrafimy sobie wmówić, że jest przyczyną naszego gniewu i na nim się wyładować.
Dlaczego Bogu nie spodobała się ofiara Kaina? W Biblii jest napisane, że to Kain przyniósł Bogu dary jako pierwszy, nie może być więc mowy o tym, że Bóg stwierdził, że on tylko naśladuje kogoś innego, zamiast sam wystąpić z jakąś propozycją. Szybciej można byłoby to pomyśleć o Ablu, który „również [...] przyniósł niektóre z pierworodnych swej trzody”, kto wie, może tak właśnie ocenił to Kain, że Abel go, kolokwialnie mówiąc, małpuje. Nie można też myśląc logicznie dojść do wniosku, że Bóg wyżej cenił sobie ofiarę ze zwierząt niż z roślin, kiedy w pierwszym rozdziale kazał ludziom i zwierzętom żywić się właśnie „wszelką zieloną roślinnością”. Coś tu się, szczerze mówiąc, bardzo nie zgadza.
Oczywiście można posłużyć się najprostszym i jednocześnie logicznym wyjaśnieniem. Abel może złożył swoja ofiarę z czystego porywu serca, natomiast Kain miał może fałszywe powody, takie jak zaskarbienie sobie większej przychylności Jehowy. Kto wie, może zamierzał potem poprosić go o coś i wesprzeć się tym, że składał przecież takie piękne ofiary. Teoria ta może mieć swoje uzasadnienie w słowach „Jeśli zaczniesz czynić dobrze, czyż nie nastąpi wywyższenie?” Sugeruje ono, jakoby Kain do tej pory nie postępował dobrze, nawet składając ofiary, więc prawdopodobnie Bóg dopatrzył się w jego sercu i myślach czegoś, co jego i jego ofiarę natychmiast zdyskredytowało.

Wyjaśnienie to, jakkolwiek logiczne, nie uspokaja jednak wszystkich moich wątpliwości, tych wyrażonych nieco wyżej, jak i jeszcze innej, mianowicie, po co Bogu, będącego siłą sprawczą wszystkiego na świecie, ogromną mocą potrafiącą „nakazać” powstanie człowieka, jakaś ofiara W OGÓLE? Nie zje jej przecież. Nie posieje. Nie sądzę, żeby był przekupny i dał się kawałkami mięsa przeprosić za głupotę ludzi. Jezus zniósł w ogóle składanie ofiar, to co, nagle przestały być  potrzebne? Przecież, jak już kiedyś wspominałam, ofiara Jezusa też nic nie zmieniła w ogólnym zachowaniu ludzi. Myślę, że w swej głupocie ludzie nie wiedzieli jak komunikować się z Bogiem, więc umyślili sobie, że będą mu dawać prezenty. Każdy lubi przecież prezenty, prawda? Choć nie wszystkie prezenty... Quetzalcoatl, jeden z najważniejszych bogów plemion Mezoameryki, Pierzasty Wąż, o piórach ptaka kwezala walczył z innym bogiem,Tezcatlipocą (Dymiącym Zwierciadłem) i jego zwolennikami, gdyż sprzeciwił się praktykom składania ofiar z ludzi. I co? Po pewnym czasie głupi ludzie, zaczęli właśnie jemu składać ofiary z ludzi. Najwyraźniej potrafimy wypaczyć wszystko...
Powód zbrodni Kaina to dla mnie kolejna opowiastka ludzi, którzy nie chcą się przyznać, że po raz kolejny zawinili, kolejny raz zwalanie winy na Boga. Kain był zły, że jego prezent się nie spodobał. Jeszcze bardziej był zły, że prezent Abla się spodobał. Niech będzie, chociaż pewnie poszło o coś zupełnie innego, a najłatwiej było jako powód przedstawić ofiarę składaną Bogu. Bóg mówi mu „grzech czai się u wejścia i ku Tobie kieruje się jego pożądanie; ty zaś – czy nad nim zapanujesz?” Nie zapanował. Zabił. Bóg wypędził go, bo zamiast rozwijać swoje dobre cechy, poddał się tym złym, zrobił krok do tyłu na ewolucyjnej ścieżce. Nie na darmo mówimy czasem o niektórych, że „dopiero z drzewa zeszli”, Kain zabijając Abla dokonał kroku wstecz, wbiegł z powrotem na to drzewo, z którego tak w sumie niedawno z trudem Bóg go sprowadził.
Jehowa oznaczył Kaina, żeby nikt go nie zabił i wypędził go z powierzchni ziemi. Jest to niezły argument przeciwko karze śmierci. Faktycznie, czasem może śmierć dla niektórych byłaby lepszym rozwiązaniem, więc czemu litować się nad kimś, kto na przykład zamordował kilkanaście kobiet? Niech siedzi w celi do końca życia i rozmyśla nad swoja głupotą. Tyle że nasze więzienie raczej nie dałoby mu szansy nad niczym się zastanowić, byłby zbyt zajęty oglądaniem telewizji, rozmowami z psychologami wierzącymi w ich powrót do społeczeństwa i planowaniem, co zrobi jak wyjdzie za dobre zachowanie. Chyba trochę nie o to chodzi.
Kain zamieszkał na wschód od Edenu i ... za kilkanaście linijek jego historia się kończy. Zanim się jednak skończy, dowiadujemy się, że wziął sobie żonę. Skąd ona się wzięła, skoro na ziemi było tylko czworo ludzi? Pojął za żonę swoją siostrę?  Adam i Ewa mają kolejnego potomka, Seta. I on też ma żonę. Podobnie zresztą jak kolejni synowie. Czy żenili się wszyscy z własnymi siostrami? To by może w sumie tłumaczyło dlaczego na świecie jest tylu zwyrodnialców, skoro powstaliśmy z takich związków... Mnie się jednak wydaje, że po prostu „powstaliśmy” z prochu ziemi w większej ilości od razu, w różnych miejscach globu również, a Adam i Ewa to tylko symboliczna „pierwsza para”.
Cały następny rozdział Biblii, rozdział 5, traktuje o kolejnych potomkach Adama i Ewy,  informując nas jednocześnie jak długo żyli oraz pokazując kolejnych pierworodnych z imienia, podczas gdy pozostali potomkowie są wymienieni tylko w liczbach. Kończy się ta wyliczanka na poznaniu nas z postacią Noego. Czytając to nie sposób nie pomyśleć, że wszyscy inni są celowo pominięci, a pokazana jest nam tylko jedna ścieżka, jedna droga, jedna linia. Czy można w związku z tym wysnuć wniosek, że Biblia pokazuje nam tylko „nasz wycinek” dziejów ludzkości? A inne święte księgi zawierają elementy tej samej historii z innych punktów widzenia? Jak również, że jest jeszcze wiele elementów, które w tej układance zostały pominięte?

Słowa


09.03.2010

czasem siedzą w ciszy
chowają się w zakamarkach mojej głowy
obijają się o zęby
odbijają czkawką
a potem połykam je jak gorzkie lekarstwo

innym razem płyną jak radosny potok
podskakując, pryskając kroplami
a potem okazuje się,
że to te niewłaściwe

im bliżej tym trudniej

jak mogę nad nimi zapanować
jeśli pochodzą
ze mnie
„ja” – na pewno w jakimś języku to słowo znaczy też „cierpienie”

dobrymi chęciami wybrukowane moje własne piekło


Zamyśliłam się nad stylem życia…


29.03.2011

… który aktualnie mam, a który chciałabym mieć. Nie wypadło to zbyt dobrze.
Praca, praca, praca.
Może najpierw powody? Są różne.
Oczywiście, nie da się ukryć,  mam prawdziwe, nie urojone kłopoty finansowe. Nie, to za dużo powiedziane. Nie mam kłopotów finansowych, mam tylko napiętą sytuację, do tego stopnia, że jak na święta kupiłam parę drobiazgów, to do marca bujałam się z debetem. Innymi słowami – co zarabiam – zużywam. I żeby nie było wątpliwości – nie zużywam na złotą biżuterię i truskawki z szampanem. Sytuacja jest napięta głównie z powodu kredytów, na szczęście widzę „efekty” tych kredytów, a więc mam mieszkanie, mam wyremontowana kuchnię, która już nie grozi wybuchem, mam wyremontowana łazienkę, która już nie grozi zalaniem, mam drzwi wejściowe, dzięki którym nie duszę się od dymu wydychanego przez sąsiada na korytarz.
Tylko jeden kredyt spłacam i klnę – nie mój… cóż, za głupotę się płaci. 
Inny powód jest bardziej psychologiczny. Odkryłam ostatnio, ze praca najpierw służyła mi do zapełnienia pustki w życiu, potem, żeby nie widzieć, że ta pustka i tak jest, a teraz lecę rozpędem koła zamachowego…
No to mam tego już serdecznie dość od mniej więcej roku, ale teraz już czuję, że zmiana wisi w powietrzu.  Są szanse, że ta zmiana jednak nie rozejdzie się po kościach, tak jak już parę razy.
Po pierwsze : NAPRAWDĘ mam dosyć spędzania całych dni na pracy. Owszem, praca daje mi dużo radości i satysfakcji i lubię ją itd., ale naprawdę nie będę miała syndromu pustego gniazda, kiedy będę pracowała mniej niż 12 godzin dziennie. 8 – tak ktoś to wymyślił, więc myślę, że mogę się tego  trzymać.
Po drugie : udało mi się spłacić dwie z pożyczek, a w ciągu najbliższych miesięcy mam nadzieję spłacić kolejną i część jeszcze jednej. Co do nie mojego kredytu – mam pewne nadzieje na odzyskanie tych pieniędzy, choć niewielkie, szczerze mówiąc. Tak czy inaczej – potrzeby nie będą już takie ogromne, zwłaszcza, ze jednak mimo wszystko można je jeszcze trochę ograniczyć, oczywiście bez pozbawiania się każdej przyjemności. Niemniej jednak jak sobie pomyślę o harówce 12h na dobę, to od razu widzę, gdzie mogę trochę oszczędzić…
Po trzecie : ja sama może znów bym cos wymyślała i kombinowała, ale trochę Najwyższy pomyślał za mnie – pewnie wiedział, co jest dla mnie dobre. Za dwa miesiące  tracę jedną pracę. Tracę też 1/3 zarobków, ale myślę, ze to i tak dla mnie będzie lepiej. Mam stracha, nie ukrywam, stracha jak cholera, że jednak mi się nie uda „wyżyć”, że będzie brakowało na jedzenie albo na czynsz, przeżyłam już coś takiego i pamiętam jak to jest, stąd ten strach. Nie jest bezpodstawny, ale z drugiej strony – przesadzony, co widzę w chwilach większej przytomności.
Obrzydzenie moim obecnym stylem życia sięgnęło zenitu. Mam dość wiecznej senności i zmęczenia. Mam dość wiecznego patrzenia na zegarek. Mam dość patrzenia na książki, gitarę i  pastele zamiast używania ich. Mam dość stukania w klawisze prawie tylko i wyłącznie w celu pisania sprawozdań, maili służbowych i podsumowań. Mam dość jedzenia fast foodów albo tego samego przez cały tydzień, bo udało mi się cos ugotować. Mam dość.
Natomiast uśmiecham się do siebie, bo widzę już, że moje życie nie jest puste. Jest dużo rzeczy, które lubię robić, mam wiele zainteresowań, które wcale nie są takie kosztowne. Chcę mieć na nie czas. Marzę o popołudniu, kiedy siedzę i nic nie muszę, tylko robię to, na co mam akurat ochotę, choćby to było wyglądanie przez okno. Marzę o weekendzie, kiedy spotkam się ze znajomymi bez myślenia, że zawalam jakiś termin. Marzę o tym, żeby być dla ludzi dostępna i robić coś dla ludzi. Marzę o tym, żeby chodzić, a nie biegać. Marzę o czasie na spotkanie z Bogiem, i o czasie, który spędzę poznając siebie, i o czasie na poznawanie innych. Marzę, żeby pisać, czytać, grać i malować. Marzę, żeby przytulać się do moich kotów, pić herbatę na tarasie i chodzić po parku. Marzę, żeby leżeć z maseczką na twarzy, która wybierałam pół godziny, nie myśląc o niczym.
Widzę tyle możliwości…
Czuję, że nadchodzi zmiana, czuję ją w powietrzu. Najpierw dokona się we mnie, a potem będę delektować się życiem.


Szczury na owce


19.11.2009

„Nauka jest jak ogromne morze, im więcej pijesz, tym bardziej jesteś spragniony”. Ten cytat był wielokrotnie przerabiany i dostosowywany do aktualnej sytuacji i potrzeb mówiącego, i dotyczył już chyba wszystkich możliwych aspektów życia, od czytelnictwa, po przyziemne sprawy finansowe. Patrząc na nasze współczesne społeczeństwo, dochodzę do wniosku, że teraz należałoby mówić: „Życie jest jak ogromne morze.....”.
Ludzie zdają się chcieć coraz więcej i więcej wszystkiego. I nie mam tu na myśli tylko materializmu, chociaż jest tutaj o czym myśleć. Swoisty wyścig szczurów jest zauważalny w tej dziedzinie z łatwością, zmieniają się tylko z biegiem czasu cele. Dzieci przechwalają się coraz to nowszymi, bardziej „wypasionymi” telefonami komórkowymi. Mieć mniejszy, lepszy, z aparatem fotograficznym, kamerą i Bóg wie czym jeszcze. Córka mojej koleżanki, kiedy pani na lekcji kazała podnieść rękę dzieciom, które maja telefony, usłyszała od kolegi „Ty to masz taki stary model, że nie powinnaś się w ogóle zgłaszać”. Dorośli też chcą mieć wszystko najlepsze i najnowsze z możliwych. Najpierw licytacja dotyczyła wielkości ekranu w calach, potem pojawiły sie płaskie odbiorniki, teraz kino domowe i rywalizacja trwa. Kiedyś szczytem marzeń była meblościanka i półkotapczan (kto jeszcze pamięta co to jest?), teraz właściciele mieszkań w blokach patrzą z zazdrością na tych z domków jednorodzinnych, najlepiej daleko za miastem, w pobliżu lasu i jakiejś wody, a na nich z pogardą spoglądaja Ci, którzy maja las i jeziorko na wyposażeniu domu.
Ale te materialistyczne ciągoty nie zamykają problemu. Przechwałki mogą ogarnąć każdą dowolnie wybraną dziedzinę życia. Nadal modne jest prezentowanie zgromadzonej publiczce (znajomi, przyjaciele, rodzina, sąsiedzi) zdjęć z wakacji, oczywiście im bardziej egzotyczne tym lepiej. Zresztą sama egzotyka też już niektórym nie wystarcza, wakacje godne chwalenia się nimi to wspinaczka na Kaukazie, łodzią po Bajkale, pieszo przez austalijski busz i tym podobne atrakcje. Szczytem jest teraz kosmiczna turystyka i chyba na razie taką pozostanie, ze wzgledu na swoją cenę, ale aż strach pomysleć, co będzie dalej, skoro już teraz niektórzy obywatele kupują sobie działki na Księżycu.
Podobnie, o ile nie gorzej, wygląda sprawa w pracy, a co za tym (a może przed tym) idzie – nauki. Pracodawcy mają coraz większe wymagania, a pracownicy, aktualni i ewentualni, chcąc nie chcąc, muszą tym wymaganiom sprostać. Czytając niektóre ogłoszenia o poszukiwaniu pracowników zawierające opis wymaganych kwalifikacji, może nas ogarnąć pusty śmiech. Po co księgowej znajomość co najmniej dwu języków i prawo jazdy? Będzie tłumaczem, kierowcą czy księgową? Niedługo od sprzątaczek będzie się wymagało obsługi komputera i znajomości języków. Nic dziwnego, że rodzice szaleją starając się zapewnić swoim dzieciom jak najlepsze wykształcenie. Panuje mania rozpoczynania nauki już od żłobka, który nawiasem mówiąc jest instytucją mocno trącącą myszką. Teraz posyła się dzieci  na angielski, pływanie, tenis, zajęcia muzyczne i sto innych zamiast do żłobka, a w zasadzie nie posyła, tylko się z nimi jeździ, bo rodzice muszą brać czynny udział w rozwijaniu swej pociechy. To niby dobrze, tylko że te biedne dzieci nie mają kiedy się bawić, a kiedy podrosną ilość zajęć zwiększa się o korepetycje z kolejnych przedmiotów. I wtedy nie mają kiedy się uczyć.

Chyba nie mamy już szansy na odwrócenie tego procesu, chociaż niektórym się to udaje. Rezygnują z intratnej, ale wyniszczającej pracy, aby mieć trochę więcej spokoju. Nie rzucają się na kolejny gadżet na raty. Wakacje spędzają pod namotem w Bieszczadach. Albo w ekstremalnych przypadkach zamieniają biurko w Warszawie na owce na beskidzkiej hali. I może to są właśnie Ci, którzy czerpią z życia pełnymi garściami i są wiecznie spragnieni. Tym razem pozytywnie.